»  Czytadło

Nie, nie pomogę Ci z Twoim problemem z komputerem.

Poniższy tekst pochodzi z mojego bloga (permalink).

Zrozpaczony broker
(Źródło obrazka: The Brokers With Hands On Their Faces Blog)

Życie informatyka nie jest łatwe, o czym już niejednokrotnie pisałem. Po jakimś czasie typowy, informatyczny wkurw przechodzi, ale jeżeli taka sytuacja powtarza się zbyt często, trzeba wykorzystać radykalne środki. Albo oszaleć.

Nie warto informatyzować wszystkiego i wszystkich - pewne procesy przebiegają lepiej tak, jak są, nawet jeśli wykorzystuje się staromodne metody i narzędzia, inne, niezupełnie - i aż proszą się o wykorzystanie komputera. Komputer jednak wymaga obecności operatora - i o to rozbija się cały problem. Pewne osoby (nazwijmy je, "CHumanistami" - z celowo zostawioną literówką) wydają się być mądre - i czasem nawet tak dobrze to improwizują, że nie wydaje nam się, że dając takiej osobie do ręki komputer (lub jakieś bardziej zaawansowane informatyczne narzędzie) narażamy się na niekończący się potok pytań i błagań o pomoc. A komputer, niestety, nie jest urządzeniem ani prostym w budowie, ani prostym w obsłudze. Na palcach jednej dłoni osoby z trzecią grupą inwalidzką (tj. dłoni bez wszystkich palców) jestem w stanie policzyć ilość znajomych, którzy korzystają z komputera, i nie przyszli do mnie z problemem dramatycznie błahym, lub którego rozwiązanie leżało w zasięgu Google'a. Ponieważ coraz częściej zacząłem - w ten czy inny sposób - manifestować swoje niezadowolenie z tego stanu rzeczy, sytuacja się poprawiła, ale nie we wszystkich przypadkach. Okazuje się bowiem, że nie jestem informatykiem - jestem BOGIEM. Ja mam wiedzieć, jak dodać treść do serwisu opartego na Joomli (wykorzystanej źle, tak przy okazji), dlaczego film się nie odtwarza, dlaczego strona nie wchodzi, dlaczego telefon nie działa, jak i gdzie kupić listwy przeciwprzepięciowe, jaka sieć komórkowa jest teraz najlepsza, jaki stacjonarny odtwarzacz DVD kupić, jak wymienić kondensator (a najlepiej jakbym sam to zrobił), ... Listę mógłbym wydłużać w nieskończoność. Czemu? Bo jestem informatykiem, a komputeryzacja postępuje sobie w najlepsze i przerośniętych kalkulatorów dookoła coraz więcej. Już teraz komputer jest urządzeniem niemal równie powszechnym co suszarka czy żelazko, a gospodarstw z więcej niż dwoma komputerami coraz więcej. Uważny czytelnik zapewne zwróci uwagę na pewną sprzeczność: co ma odtwarzacz DVD do informatyka? To: DVD narobiło szumu w informatyce, a poza tym na pewno informatyk będzie wiedział. Co ma Joomla do informatyka? Jak to co? Jeśli ktoś jest informatykiem to NA PEWNO będzie wiedział, dlaczego po wpisaniu treści i zamknięciu karty, ta treść nie pojawiła się na liście wprowadzonych treści. Co ma sieć komórkowa do informatyka? Informatycy przecież lubią takie zabawki ;-) Sprowadzając do najprostszej postaci: wszystko, co ma ekran LCD/CRT, i/lub klawiaturę, i/lub programuje się, i/lub ma kolorowe lampki i jest zasilane prądem (nawet jeśli stałym, z baterii), na pewno informatyk już dawno zna i umie nie dość że naprawić, to i skonfigurować, przeszkolić w zakresie obsługi, a nawet pomóc zakupić nowy/lepszy model.

Jak już napisałem, informatyka to dziedzina szeroka jak stąd do Teksasu (jeśli nie lepiej), ponieważ każdy poważniejszy informatyk musi - chcąc nie chcąc - "liznąć" wielu skrajnie różnych zagadnień, zatem nikogo nie dziwi, że niejeden programista wie jak np. odzyskać utracony plik albo szybciej wykonać operację na dużej ilości plików - szczególnie jeśli ma "na koncie" dużo niskopoziomowego kodu. Stąd - sytuacje jak wyżej często miały, mają i będą mieć miejsce. Inna sprawa, że "informatycy myślą inaczej" - to jest niepodważalny fakt. Dobry informatyk nie myśli "jak powinno być", ale "jak jest i/lub jak może być". CHumanista może nie zarejestrować faktu, że po wprowadzeniu swojej treści musi jeszcze coś kliknąć, w końcu wpisał/wkleił swoje. Informatyk wie, że sytuacje, gdy coś, co jest właśnie wprowadzane, automatycznie wchodzi do publikacji, są niezmiernie rzadkie, bo wynikiem błędu. CHumanista może nie wiedzieć nic o listwach przepięciowych, a informatyk wie, że przepięcie może posłać w diabły drogi sprzęt, więc zawczasu się doedukował. I tak dalej.

Do czego doszło? Do wprowadzenia pojęcia komputerowego analfabetyzmu. O co chodzi? Śmiejemy się do rozpuku lub robimy ogromne oczy, gdy ktoś nie potrafi wskazać na mapie Hiszpanii, nie zna stolicy Belgii, nie wie ile (w przybliżeniu) wynosi ∏, nie potrafi określić nawet kształtu (nie mówię już o wykresie) funkcji sinus, nie słyszał(a) o Grunwaldzie ani nie kojarzy tego z rokiem 1410-tym, a "Stanisław Lem" kojarzy się z jakimś pisarzem (chociaż to i tak już coś)... Ale gdy ktoś nie wie, do czego służy Caps Lock, Control (Ctrl), Alt, klawisz Windows, jak wprowadzić znak "_" (ang. underscore), przegrać plik z jednej dyskietki na drugą, czy zapisać obrazek z internetowej galerii na dysk, to najczęściej nie dość, że nie jest śmieszne/żałosne, to często jest kwitowane komentarzem typu "no i co z tego, przecież nie jestem informatykiem!". Tu już mówimy o komputerowym analfabetyźmie. Co z tego, że człowiek umie obsłużyć przeglądarkę (na zasadzie wpisania URLa w pole wyszukwiania w Google'u), napisać podanie (adresata wyrównując do prawej strony przy pomocy rządka spacji), czy zainstalować sobie jakiś program (odpalając instalator i bezmyślnie klikając "Dalej >"), skoro z bardziej podstawowymi rzeczami ma problem?

To the point: nie ma sensu (re)edukować komputerowych analfabetów - takie osoby najczęściej w ogóle nie powinny dostać do ręki komputera, gdyż dokształcanie ich i walka z ich problemami z komputerem kosztuje zbyt wiele czasu i nerwów. Komputerowy "nieanalfabeta" w końcu zacznie sam(a) korzystać chociażby z Google'a i na jego (i własnych, poprzednich doświadczeń) podstawie radzić sobie - lepiej lub gorzej, ale jednak. A w moim konkretnym przypadku, zamiast próbować wytłumaczyć co i jak zrobić, zacząłem stosować metodę z połączeniem VNC - gdyż miałem wtedy pełny obraz (dosłownie i w przenośni) sytuacji, i szybciej mogłem znaleźć i ew. zastosować rozwiązanie problemu, niestety... Okazało się, że to tylko pogorszyło sprawy - jasne, skoro tak mogę, to na pewno jeszcze pomogę z tym i tamtym. I jeszcze tamtym. A w ogóle to jestem najgenialniejszym, najwspanialszym, najmądrzejszym informatykiem na świecie. Ale jeszcze niech zrobię coś z tym filmem.

Reasumując: nie ma sensu poświęcać się dla ludzkości. Słynne stwierdzenie: "nie ratuj świata zbyt często, gdyż zacznie on tego od ciebie wymagać" pasuje tu jak ulał. Albo inaczej: "wyciągnij dłoń, odgryzą całą rękę".

Wyrzuciłem GG i Tlen.